Strony

piątek, 25 września 2020

Moc kwiatów

Milan siedział na ziemi wpatrując się w małe ognisko, które rozpalił, aby ogrzać się przy nim. W nocy o tej porze roku bywało dosyć chłodno.

Przeniósł swoje spojrzenie na chłopca, który leżał tuż obok niego okryty jego płaszczem, którego wcześniej zapomniał zabrać przez to, że był zbyt bardzo pochłonięty możliwym niebezpieczeństwem. Dlatego gdy upewnił się, że nieznajomemu nic nie grozi i smacznie sobie śpi wrócił w miejsce gdzie odpoczywał, aby zabrać swoją własność.

Jedynie nad czym jeszcze rozmyślał było tym jak wyleczyć rozległe rany blondyna, które pochodziły od poparzenia. Miał pewien pomysł, ale osobiście wątpił w to, że jest on dobry i sprawdzi się.

Podniósł się w końcu z ziemi machinalnie otrzepując swój tyłek z brudu. Dołożył kilka gałązek do ogniska, a następnie spróbował skupić się, aby zadziała jego moc. Wiedział, że jego nieszczęsna moc aktywuje się jedynie wtedy gdy jest skupiony albo gdy jest kompletnie rozchwiany emocjonalnie. Przeszedł się kawałek zostawiając za sobą drogę pełną żółtych i fioletowych tulipanów. Mimo tego, że kontrolował już swoje emocje dalej w głębi serca odczuwał jednocześnie ból, smutek i złość przez co kolor kwiatów dalej nie został zmieniony na inny kolor.

Gdy czarnowłosy tylko ujrzał te wstrętne kwiaty mimowolnie wkurzony zacisnął pięści. Nie tylko jego moc nie dawała mu żadnych korzyści to jeszcze dodatkowo zdradzała wszystko to co czuł. Widok kwiatów, które rosły w zastraszającym tempie ukazując światu emocje pochodzące z prost przeszytego bólem serca odwróciły jego uwagę przez co przestał się skupiać. Schylił się i zerwał te co wyrosły o mało nie niszcząc delikatnych płatków.

Z tego co mama mu mówiła kwiaty, które rosły za pomocą jego mocy miały niezwykły dar. Mogły pomoc w uleczeniu rany. Mijało kilka dni, a na miejscu rany zazwyczaj nic nie zostawało, tak przynajmniej mówiła mu mama. Czarnowłosy nie miał pojęcia czy to w ogóle prawda czy może jego rodzicielka mówiła mu to tylko po to, aby w końcu zaakceptował swoją jakże wspaniałą moc. Wzruszył ramionami, należy spróbować wszystkiego, w przeciwnym razie posmaruje jego rany jakimiś mazidłami, które nosił w kieszeniach. Były to jednak jedynie na płytkie rany, dlatego wolał najpierw spróbować z tymi nieszczęsnymi kwiatkami.

Wziął patyk, który leżał przy nim i przytrzymał nad ogniem. Końcówka kijka praktycznie od razu zajęła się ogniem. Próbował ogrzać tulipana nad ogniem, aby wydobyć pod wpływem ciepła z niego leczniczą substancję, którą rozprowadzi na ranach blondyna.

Mógł równie dobrze nic nie robić, poczekać aż się obudzi i zmusić go do wyjawienia mu wszystkiego, a następnie zabić go albo zostawić na pastwę losu. Wiedział jednak, że gdyby jego rodzice byli tego świadkami to na pewno w ich oczach widniałaby pogarda, że nie pomógł komuś kto cierpiał od tylu godzin.

***

Wrzucił w końcu patyk na którym wesoło tańcowała iskra ognia do ogniska. Szarooki wytarł wierzchem dłoni swoje czoło na którym widniała odrobina potu. Wydobycie z tych nieszczęsnych tulipanów płynów było okropnie czasochłonne jednak gdy w końcu poczuł na palcach lepką substancję zbliżył się do nieznajomego.

Odkrył chłopca ze swojego płaszcza i podwinął mu koszulkę, aby mieć widok na wszystkie rany, a następnie delikatnie opuszkami palców rozprowadzał leczniczą substancję. Gdy skończył spojrzał na spokojną, pogrążoną we śnie twarz nieznajomego. Przynajmniej nie dołożył mu dodatkowych cierpień, jeśli jednak jest niewinny i będzie w stanie się jakoś wytłumaczyć nie powinien na darmo znosić katuszy.

Odwrócił twarz w stronę ogniska, dołożył kilka gałązek do niego i postanowił w końcu, że on także pójdzie w końcu spać. Powinien chociaż trochę pozwolić sobie odpocząć, aby w końcu uwolnić swoje myśli od tego jak bardzo brakuje mu rodziny i przyjaciół. Ten ból wykańczał go do reszty, miał już tyle razy ochotę się rozpłakać jednak dalej jego szare oczy nie były w stanie wypuścić chociaż jednej łzy dającej ukojenie.

Z tą myślą zasnął jednak i nawet w śnie nie zdołał zaznać spokoju.

Płomienie w szybkim tempie połykały każdy kawałeczek jego domu. Próbował za wszelką cenę dostać się do środka, ale tuż przed nim spadły podpalone deski. Przez co automatycznie wzdrygnął się i zrobił krok do tyłu. W jego oczach było widać jedynie przerażenie i bezsilność.

– Mamo! Tato! – krzyknął mając nadzieję, że mu odpowiedzą.

Milan poderwał z ziemi do siadu dysząc. Czuł jak cały wręcz się klei od potu, potrzebował zimnej kąpieli, aby się odświeżyć i przy okazji pozbyć się resztek tego koszmaru. Gdy w końcu w miarę uspokoił swój oddech spojrzał na nieznajomego, który wpatrywał się w niego uważnym spojrzeniem swoich błękitnych soczewek.

Milan zmarszczył brwi i miał ochotę mu wrednie odpowiedzieć, aby ten przestał się w niego wpatrywać, ale w końcu jedynie prychnął i podniósł się z ziemi. Zbliżył się do blondyna, aby spojrzeć na jego rany. Nieznajomy mimowolnie wzdrygnął się na niespodziewany ruch z jego strony, ale zignorował to. Odkrył go i schylił głowę wpatrując się w poparzenia. Wyglądały o wiele lepiej niż wczoraj, najwidoczniej substancja pochodząca z tulipanów rzeczywiście była lecznicza. Musi jedynie jeszcze kilka razy to zaaplikować i możliwe, że rany całkowicie się zagoją. Do medyka to i tak mu raczej daleko.

Potrząsnął głową z irytacją, za daleko wybiegł myślami. Najpierw musi się dowiedzieć kim jest ten człowiek, a dopiero potem powinien planować ratowanie mu życie.

Zauważył, że chłopiec dalej cały czas uważnie się w niego wpatruje swoimi błękitnymi oczami. Nie widać było w nich przerażenia i bólu jak dnia poprzedniego tylko jedynie ciekawość. Gdy ich spojrzenia się spotkały delikatnie uniósł kąciki swoich popękanych ust ku górze.

– Dziękuję – wychrypiał ledwo słyszalnym szeptem.

– Przecież doskonale wiesz, że pomogłem ci wczoraj jedynie po to, aby dostać jakieś informacje o Karlis. Gdy nie będziesz już mi potrzebny to sam cię zabiję albo zostaniesz tutaj i będziesz musiał radzić sobie sam. Spróbuj skłamać to tym szybciej zawitasz wśród umarłych, a mogę ci już to obiecać, że to nie będzie przyjemne pożegnanie z tym światem – odparł zimno czarnowłosy, a w jego oczach nie było widać ani trochę ciepła jedynie obietnica, że zrobi według swoich wypowiedzianych słów. Raczej gdyby blondyn był niewinny jego sumienie nie pozwoliłoby go zostawić na pastwę losu, ale owy chłopak nie musiał już o tym wiedzieć. Chciał jedynie go odrobinę postraszyć, aby szybciej dowiedzieć się prawdy.

Blondyn nie mógł już dłużej na niego patrzeć i utkwił spojrzenie w płaszcz, którym był dalej przykryty.

– Skoro już to sobie wyjaśniliśmy to odpowiedz mi na jedno pytanie – rzekł Milan dalej utrzymując swój zimny ton – Czy to ty podpaliłeś Karlis?

– Tak, to byłem ja – odparł nieznajomy podnosząc swój wzrok ponownie na Milana, aby ich spojrzenia się spotkały.

Czarnowłosy zdziwiony wpatrywał się w niego nie wiedząc co powiedzieć. Do tej pory wątpił jednak w to, że ten kruchy chłopiec jest odpowiedzialny za spalenie całego miasta, śmierci tysiąca istnień. Był pewien, że będzie to jakiś starszy mężczyzna z okrutną twarzą i pełną nienawiści. Ktoś kto będzie miał w oczach ten szczególny błysk, że niczego nie żałuję, a nie bezgraniczny smutek oraz cierpienie, które jasno wskazuje, że żałuje tego co zrobił.

Najwidoczniej od początku mylił się i to bardzo...

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz