Strony

środa, 12 sierpnia 2020

Przyznanie racji

Poczułem jak ktoś potrząsa moją ręką, a następnie spokojnym głosem do mnie przemawia:

– Sawin, obudź się. Przygotowałem śniadanie i są tutaj pewne osoby, które chciałyby się z tobą zobaczyć.

Uchyliłem delikatnie oczy, które od razu napotkały pomarszczoną twarz dziadka. Uśmiechnąłem się do niego, a on od razu to odwzajemnił.

Podniosłem się z łóżka i ujrzałem, że na krzesłach przy stoliku siedzieli Sulim i Namir, a tuż obok nich stali Amalija oraz Gnierat. Wpatrywałem się w nich zdziwiony jeszcze nie kontaktując przez sny jakie dzisiejszej nocy mi się śniły.

– Co wy tutaj robicie? – spytałem zwracając się do trójki znajomych.

Nikt jednak za bardzo nie był chętny, aby mi odpowiedzieć, więc w końcu głos zabrał Namir:

– Rano zakradłem się do stajni. Zauważyłem, że Jaśmin i Lazur śpią tam sobie spokojnie, więc domyśliłem się, że wróciliście. Tamtej nocy gdy byliśmy w Gospodzie pod Ściętą Głową wybiegłeś tak nagle, a zaraz za tobą Sulim. Od tamtej pory martwiliśmy się czy, aby na pewno przeżyliście, ale rano gdy się do was wybraliśmy to już was nie było – przemawiał bez chwili wytchnienia patrząc na mnie – Twój dziadek poinformował nas, że wyjechaliście ratować Silos czy coś w tym stylu. Postanowiłem jednak dzisiaj rano zajrzeć czy przypadkiem nie wróciliście. Potem pobiegłem zawiadomić Amaliję i Gnierata. Tak o to się tutaj znaleźliśmy – przerwał, aby wziąć wdech, żeby kontynuować –  Z tego co się do tej pory dowiedziałem od Sulima to wy przeżyliście o wiele ciekawszą przygodę.

– Nooo, bardzo. Niebieska trawa pod którą był jakiś kamień i krwiożercze malary. Chyba jednak wolałbym przeżyć coś spokojniejszego – prychnąłem wstając z łóżka.

Usiadłem na wolnym krześle przy stole, a dziadek zaraz po tym przyniósł mi posiłek. Podziękowałem skinieniem głowy i zacząłem jeść.

– Chcemy wam pomóc w znalezieniu dwóch pozostałych kamieni i w odłożeniu tego co znaleźliście na miejsce – głos zabrała Amalija.

– Nie ma opcji – rzekł spokojnym głosem Sulim – Nasza dwójka w zupełności wystarczy i tak tylko Sawin podobno może dotykać kamienia.

– Sulim ma rację – poparłem brata przez co wszyscy popatrzyli na mnie zdziwieni. Rzadko kiedy zgadzaliśmy się ze sobą, a wtedy zazwyczaj wybuchała kłótnia, która mogła trwać wieki – I tak pewnie brakuje tylko tego jednego kamienia, więc co mielibyście tam robić? Patrzeć jak wykopuję pozostałe dwa?

Gnierat oraz Namir przyznali nam rację. Miło było mieć takich przyjaciół, którzy chcieli za nim podążyć, ale to nie miało sensu jechać tam całą piątką. Z tego mogłyby wyniknąć jedynie dodatkowe problemy gdyby ktoś omyłkowo dotknąłby kamienia.

– Może jednak tamtych dwóch kamieni też nie ma, zabrał je jakiś ogromy potwór i jak macie tylko we dwójkę sobie poradzić? – spytała Amalija nie dając za wygraną. Wszyscy spojrzeli na nią sceptycznie i w końcu ona też odpuściła – Dobra, dobra. Nie patrzcie już tak na mnie. Chciałam jedynie pomóc.

– Dziękujemy, że jesteście chętni nam pomóc, ale jak mówiłem nasza dwójka w zupełności wystarczy – odparł Sulim.

Gdy skończyłem jeść posiłek poszedłem z Sulimem do stajni przygotować konie. Wolałbym wrócić do domu i sobie przez jeszcze kilka godzin pospać, ale niestety Silos się samo nie uratuje. Dziadek dał nam duży kawałek surowego mięsa, które Sulim schował do torby.

Pożegnaliśmy się z przyjaciółmi i dziadkiem, a następnie wyruszyliśmy z powrotem w stronę jaskiń.

– Zastanawiam się nad tym co Amalija powiedziała – rzekłem, aby droga w czasie jazdy szybciej nam minęła – Myślisz, że brakuje tylko tego jednego kamienia, a pozostałe dwa spokojnie sobie leżą pod ziemią?

– Sawin skąd mam to niby wiedzieć? Jak będziemy na miejscu to się przekonamy, teraz musimy się tylko martwić o to, aby udało się zdobyć ten kamień – odparł Sulim z nutką irytacji.

Widząc, że mój braciszek nie jest skory do rozmów zamilkłem. Nie miałem ochoty go teraz wkurzać.

Gdy dotarliśmy do jaskini zostawiliśmy konie przy wejściu. Wszedłem do jaskini, a Sulim podążył za mną.

– Może powinieneś tutaj zostać z końmi? – zasugerowałem odwracając się do niego – Muszę tylko dać im mięso, a w tym samym czasie zabrać kamień. Obecność drugiej osoby może jedynie bardziej zdenerwować tego dorosłego malara.

– Może i masz trochę racji, ale jeśli ten malar się na ciebie rzuci? Nie będziesz miał żadnych szans na ucieczkę. Jeśli mój plan by jednak jakimś cudem nie zadziałał umrzesz – przemówił spokojnie Sulim, a na jego twarzy nie było widać żadnych emocji, jedynie jego oczy wyrażały coś w rodzaju troski, a może tak mi się to tylko zdawało – Dlatego idę z tobą, najwyżej poczekam kawałek dalej, ale będę uważnie przypatrywał się całej sytuacji.

Pokiwałem jedynie na potwierdzenie głową. Trochę mi ulżyło, że jednak Sulim nie chce, aby moje życie skończyło się w szczękach jakiegoś mięsożernego malara.

Ruszyliśmy w głąb jaskini aż nie dotarliśmy do nory gdzie przebywała samica z młodymi. Gdy byliśmy już blisko Sulim wyjął z torby kawałek mięsa i mi je oddał. Następnie schował się za skalą, aby stamtąd przypatrywać się malarom tak, aby one go nie zauważyły. Ja za to niestety musiałem iść dalej. Próbowałem odważnie stawiać krok za krokiem i mówić sobie w myślach, że to nic takiego, ale jednak byłem bardzo przerażony kolejną wizytą tutaj. Chyba moja psychika podczas ostatniego spotkania jednak za bardzo ucierpiała. A kto by tego nie przeżywał po zaistniałych okolicznościach? Te białe, ostre kły znajdowały się tuż przy mnie, dosłownie kilka milimetrów od mojej skóry. Ciekawe czy gdyby wtedy te zęby by mnie dosięgły dalej bym żył?

Klepnąłem się mocno w policzek, aby otrząsnąć się z tych myśli. One ani trochę nie pomagały. Przez nie jedynie jeszcze bardziej stawałem się chodzącą galaretą.

Największy malar zauważył moje wtargnięcie i wystawił w moją stronę zęby przez co stanąłem w miejscu. Z przerażenia przełknąłem ślinę i powoli zacząłem się do nich zbliżać krok po kroku.

Wyciągnąłem dłoń, w której trzymałem mięso, w ich stronę próbując przemówić ze spokojem co raczej za bardzo mi nie wyszło:

– Z-zobaczcie co m-mam. M-mięsko dla was.

Samica podeszła do mnie, a ja wypuściłem z dłoni mięso bojąc się, żeby przypadkiem biorąc je i mnie nie dziabnęła.

Malar zajął się pożeraniem jedzenia, które tak łatwo zdobył. Odetchnąłem z ulgą i zacząłem iść powoli w stronę kamienia. Nie chciałem ją niczym niepokoić, więc nie mogłem robić żadnych energicznych ruchów.

W końcu dotarłem do kamienia z symbolem ognia, leżały przy nim szczeniaki. Przez chwilę miałem ochotę je pogłaskać, były takie słodkie i urocze w przeciwieństwie do ich matki. Wziąłem jednak tylko kamień i zacząłem się również powoli wycofywać.

Gdy wyszedłem już z nory malarów pomachałem zdobyczą, aby Sulim zobaczył jaki jestem zdolny. On jednak jedynie podszedł do mnie i chwycił mój nadgarstek po czym zaczął ciągnąć z powrotem do wyjścia.

– Co tak wolno?! Ten malar prawie skończył jeść! – krzyknął Sulim zdenerwowany gdy byliśmy już przy koniach.

– Przecież nic się nie stało. Aż tak martwiłeś się o mnie? – spytałem z uśmiechem.

– Nie – rzekł Sulim ucinając wszelką dyskusję.

Nie czekając na mnie odszedł w stronę Lazura, wspiął się na jego grzbiet i odjechał nie czekając na mnie.

– Martwiłeś się – szepnąłem pod nosem chociaż wiadomo, że i tak by tego nie usłyszał.

Następnie podszedłem do Jaśminy i z szerokim uśmiechem na ustach pojechałem za nim.



 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz