czwartek, 2 lipca 2020

Ogniste wyrazy

Siedziałem za plecami Sulima mocno się go trzymając. Nie mam pojęcia czy specjalnie jechał tak szybko czy rzeczywiście tak mało czasu nam zostało do rozpoczęcia testu. Miałem ochotę mu przywalić z pięści w plecy, aby trochę zwolnił, ponieważ czułem wyraźnie ból w każdej cząstce ciała. Przy Jaśminie umiem synchronizować swoje ruchy z jej, ale w obecnej sytuacji mogę się jedynie obijać jak zwłoki i tak się właśnie czułem.

Po chwili zatrzymaliśmy się i gdyby nie to, że trzymałem się mocno Sulima pewnie spadłbym z Lazura, a całej tej sytuacji towarzyszyłby prawdopodobnie gromki śmiech Sulima.

– Dobra, jesteśmy na miejscu, złaź z konia – mruknął w moją stronę.

Przewróciłem jedynie oczami czego dzięki tej szmatce Sulim i tak nie był w stanie zobaczyć. Niezgrabnie zsunąłem się z grzbietu, ale przynajmniej dobrze wylądowałem. Bałem się, że nadwyrężę za bardzo którąś nogę podczas lądowania jak to mi się kiedyś zdarzyło zrobić gdy zeskoczyłem z Jaśminy ze zbyt dużej wysokości.

Chciałem sięgnąć za głowę i rozwiązać sobie opaskę, ale ubiegł mnie głos brata:

– Poczekaj! – krzyknął – Ściągniesz ją za chwilę, jak mnie już nie będziesz i odjadę kawałek stąd. Gdy nie będziesz już słyszał tupotu kopyt dopiero wtedy będziesz mógł rozwiązać opaskę.

– Głupie są te zasady tak samo jak ten test – prychnąłem tylko i opuściłem ręce wzdłuż ciała. Korciło mnie, aby jednak olać słowa Sulima i rozwiązać tą brudną szmatę, ale jeśli miałby od tego umrzeć to wolę chyba jednak jeszcze chwilę poczekać ze ściągnięciem – Powiesz mi co mam dokładnie teraz robić?

– Nie mogę, ale dam ci radę jaką dostałem przy swoim teście: ,,Podążaj za głosem serca".

– Zebrało ci się na żarty, mogę dostać chociaż jakąś normalną radę? – spytałem z nadzieją – Mój głos w sercu mówi mi, że powinienem włóczyć się po lesie razem z Jaśminą – prychnąłem.

– To idź się włóczyć, a nie dożyjesz następnego dnia! – warknął wkurzony i zaraz po tym ułyszałem oddalający się tupot końskich kopyt.

– Ej, Sulim, poczekaj! – krzyknąłem za nim, ale on nie raczył mi już odpowiedzieć tylko słuchałem jak dźwięk kopyt coraz bardziej się oddala.

Czekałem aż całkowicie nie będę już nic słyszał, a wtedy rozwiązałem opaskę. Moim oczom ukazał się normalny, zwyczajny krajobraz. Zielona trawa i kilka krzaków rosło nieopodal, a kawałek dalej rozpoczynał się las gdzie pewnie pojechał Sulim. Przynajmniej tak podejrzewam, bo na normalnym terenie gdzie nie rosły drzewa bez problemu mógłbym go jeszcze dostrzec.

Sądziłem, że miejsce testu to będzie coś niezwykłego. Może jakieś ogniste koło na ziemi, że jak się zbliżę do jednego końca to zostanę przez to pochłonięty i cały test zakończy się moją niechybną śmiercią.

Rozejrzałem się dookoła nie wiedząc za bardzo, w którą stronę mam podążyć. Wzruszyłem ramionami skoro Sulim pojechał w stronę lasu to ja też będę zmierzał w tamtą stronę. Może na jakimś będzie widnieć jakaś wskazówka co mam niby dalej robić, bo jakoś nie za bardzo chce mi się cały dzień zaliczać jakiegoś testu.

Robiło się coraz chłodniej przez co potarłem mimowolnie ręce, aby się rozgrzać. Chciałbym jednak noc spędzić w jakimś ciepłym miejscu, a nie pod gołym niebem. Mam nadzieję tylko, że nie zacznie padać, bo to już nie będzie przykry zbieg okoliczności tylko jawne pogrywanie sobie ze mnie. Bogowie i mój kochany brat mieliby pewnie z tego niezły ubaw gdyby mnie zobaczyli takiego zmokniętego i zmarzniętego niczym zmokły koń.

Ruszyłem w stronę lasu nucąc sobie melodię pod nosem, aby uspokoić się. Strach próbował przejąć nade mną kontrolę, a teraz musiałem panować nad sobą, jeśli chciałem przejść test. Nic nie mogło zakłócić mojego myślenia, musiałem być cały czas opanowany i rozważnie podejmować każdą decyzję.

Nagle, tuż przed wejściem do lasu pojawił się ognisty tekst na trawie. Z wrażenia cofnąłem się o dwa kroki, aby zaraz potem otrząsnąć się z szoku i zacząłem szybko czytać, bo wyrazy zaczęły zanikać.

– Znajdź grzyba, żołędzia oraz kwiatka – przeczytałem na głos i się roześmiałem, przecież to banalne. Znajdę te wszystkie gówienka i po kłopocie.

Wszedłem do lasu z szerokim uśmiechem na twarzy. Już po kilku minutach znalazłem masę grzybów. Schyliłem się po pierwszego z brzegu gdy nagle poczułem jak jakaś siła mnie odepchnęła i poleciałem kilka metrów uderzając boleśnie w najbliższe drzewo, przez co automatycznie syknąłem z bólu.

Podniosłem się poirytowany, sądziłem, że to będzie prostsze. Mam chodzić po całym lesie i szukać tych gówienek, które nawet nie wiem jak wyglądają? Przecież to zajmie mi wieki, jak będę próbował podnosić każdego grzyba i sprawdzać na sobie czy mnie odepchnie czy może jednak nie, a co dopiero jak będę musiał w ten sam sposób szukać żołędzia i kwiatka. Kopnąłem wkurzony w drzewo, w które wpadłem.

Za raz po tym spadł na ziemię złoty żołądź wielkości niemowlęcej dłoni, który od razu zwrócił moją uwagę. Podniosłem go, jednak zamiast leżeć na mojej ręce unosił się kawałek nad nią. To musiał być żołądź, którego szukałem.

– Mam żołędzia! – wrzasnąłem na cały las uradowany i schowałem moje znalezisko do kieszeni. Został tylko grzyb oraz kwiat i w końcu ten głupi test raz na zawsze się zakończy.

***

Przemierzałem las od dłuższego czasu, ale nie byłem w stanie znaleźć ani grzyba, ani kwiatka. Wiedziałem, że znalezienie żołędzia to był cud, gdybym nie wpadł na to drzewo to raczej nigdy w życiu bym go nie znalazł.

Słońce chyliło się ku zachodowi, więc w lesie stawało się coraz bardziej ciemniej. Musiałem zaraz przerwać poszukiwania, bo i tak w nocy raczej niczego nie znajdę, a mogę jedynie przypadkiem zrobić sobie krzywdę.

Westchnąłem i wspiąłem się na pobliskie drzewo. Gdybym tylko umiał rozpalić ognisko to mógłbym się chociaż przy nim ogrzać, ale nigdy jakoś nie chciałem tracić czasu, aby się tego nauczyć. Mogę jedynie teraz żałować tego, że wcześniej byłem zbyt dużym leniem.

Nie pozostało, więc mi nic innego jak tylko zdrzemnąć się przez kilka godzin i jak pojawią się pierwsze promienie wschodzącego słońca zacząć na nowo poszukiwania.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz