czwartek, 1 października 2020

Rozdział 3


Szłam wzdłuż równo rozstawionych po dwóch stronach korytarza sal, kiedy nagle zadzwonił dzwonek na lekcję. Przerażona rozejrzałam się dookoła szukając odpowiedniej klasy. Nagle koło mnie przebiegł wysoki brunet, potrącając mnie łokciem tak, że prawie upadłam. Na szczęście zorientował się co zrobił i złapał mnie w ostatniej chwili.

- Hej, jestem Kamil - uśmiechnął się przyjaźnie. - Chyba się nie znamy - dodał, po czym spojrzał mi przez ramię, zerkając na mój na plan lekcji, który trzymałam w ręce. Wydawał się miły, ale i również niezwykle wścibski. Spojrzałam na niego niepewnie, był dość wysoki, ale niższy od mojego brata, nie wyglądał na jakiegoś sportowca, miał jakieś mięśnie, ale nie zbyt imponujące. Jednak twarz miał dość przystojną, uwydatnione kości policzkowe dodawały mu uroku, a rozczochrana blond czupryna ukazywała jego roztrzepanie. - Jesteś nowa? - nachylił się, aby zobaczyć, w której klasie jestem. - No to będziemy razem w klasie przez ten ostatni miesiąc - uśmiechnął się pokazując białe zęby. - A teraz chodź bo i tak jesteśmy już spóźnieni - złapał mnie za rękę i pociągnął wzdłuż korytarza, w nieznanym dla mnie kierunku.

Kiedy przekroczyliśmy próg sali geograficznej, nauczycielka spojrzała na nas z lekkim zdziwieniem, jednak po chwili jakby ją olśniło i uśmiechnęła się do mnie przyjaźnie. Kamil szybko usiadł na swoim miejscu, a ja tak stałam, nie wiedząc co mam ze sobą zrobić.

- Zapraszam, podejdź do mnie - powiedziała łagodnie starsza pani, uśmiechając się promiennie. Była to nie wysoka kobieta, przy kości. Włosy miała upięte w koka, a brązowe oczy patrzyły na mnie z zaciekawieniem.

Zrobiłam o co poprosiła i stanęłam przodem do klasy.

- To jest wasza nowa koleżanka, teraz wam się krótko przedstawi, a kto będzie chciał to po lekcji niech zgłosi się, aby pomóc jej w poznaniu szkoły - powiedziała wychowawczyni.

- No więc nazywam się Amelia i przeprowadziłam się z Warszawy. Mieszkam kawałek za Wrocławiem... Hmmm lubię modę oraz muzykę. Cenię sobie przyjaźń - spojrzałam niepewnie na nauczycielkę.

- Dobrze usiądź obok Julki, tutaj w pierwszej ławce - pokazała mi palcem wolne miejsce, na którym usiadłam.

- Hej, jestem Julka - uśmiechnęła się do mnie niebieskooka blondynka. - Jutro organizuje dziewiętnaste urodziny wpadniesz? - zapytała znienacka, z taką pewnością, jakbyśmy przyjaźniły się od lat.

- Postaram się być - uśmiechnęłam się niepewnie.

- Byłoby super, będzie cała szkoła, a Ty kiedy masz urodziny - zapytała pół szeptem po chwili, a ja od razu zorientowałam się, że mam do czynienia z gadułą. Jednak nie przeszkadzało mi to, wydawała się być sympatyczna. Należała do tych chudych dziewczyn co mogą chodzić z odkrytym brzuchem i chwalić się jak bardzo jest płaski. Miała też lekko przyciemnioną karnację, która dodawała jej uroku.

- Za tydzień - odpowiedziałam.

- Ooo to już nie długo - uśmiechnęła się, jakby naprawdę się cieszyła.

Pod koniec lekcji klasa pisała kartkówkę, której ja na szczęście nie musiałam jeszcze pisać, z wiadomych powodów. Siedziałam i z nudów nagrałam coś po zeszycie, kiedy, nagle usłyszałam czyjś głos, trochę tak jakby rozbrzmiewał w mojej głowie. Rozejrzałam się niepewnie, ale ludzie zachowywali się tak, jakby nic nie słyszeli. Po chwili ponownie usłyszałam ów głos.

- Ooo słyszysz mnie? Od początku wydałaś mi się dziwna... Bo kto normalny zmienia szkołę miesiąc przed jej skończeniem i na dodatek zamieszkuje w Sirkel. Normalni ludzie nie wiedzą o istnieniu tej wioski.

PAMIĘTAJ KRĄG WIDZI...

Przestraszyłam się nie na żarty, w końcu co to był za głos. Zerwałam się z miejsca, a widząc pytającą minę nauczycielki jedynie przeprosiłam i ponownie usiadłam na miejsce i zaczęłam gorączkowo rozmyślać kim była osobą, która do mnie mówił? Oraz, czy to wszystko w ogóle miało miejsce, a może po prostu zwariowałam?

Na szczęście zadzwonił dzwonek i nie było mi dane dalej się nad tym zastanawiać.

***

Po lekcjach wyszłam ze szkoły i rozejrzałam się po parkingu, widząc obiekt poszukiwań, podbiegłam do czarnego Audi. Stal on zaparkowany niedaleko wyjścia, więc po kilku większych krokach znalazłam się tuż obok, następnie pospiesznie wsiadłam i spojrzałam na brata. Wyglądał na przejętego.

- Coś się stało? - zapytałam z ciekawością, wymieszaną z obawą.

- Porwali rodziców... - odparł już z kamienną miną. - A my chyba musimy porozmawiać, nadszedł czas, abyś choć trochę poznała naszą historię - mówił dalej. - Musisz poznać prawdę, bo nie będziesz mogła się bronić... zwłaszcza, że ja jestem następny na liście - dodał. Resztę drogi jechaliśmy w milczeniu.

Jednak w mojej głowie panował chaos i natłok myśli. Jakie tajemnice? Jak to porwali rodziców i czemu on ma być następny? O co w tym wszystkim chodzi? Najpierw słyszę w szkole głosy w głowie, a teraz takie coś. Mam wrażenie, że moje życie zmienia bieg o jakieś sto osiemdziesiąt stopni. Wzięłam głęboki wdech i starałam się uspokoić. Zebrać myśli i jakoś to wszystko ogarnąć.

Rozdział 2


Po dziesięciu minutach bezczynnego leżenia wstałam i uznałam, że czas przynieść bagaże, kiedy w końcu po około dwóch godzinach skończyłam, położyłam się na łóżku, aby odpocząć. Zaczęłam rozmyślać nad ubraniami jakie sobie zakupie, aby zapełnić garderobę i nawet nie wiem kiedy zasnęłam.

Do moich uszu dobiegł nieznany dźwięk, jakiegoś dzwonka. Zerwałam się na równe nogi i zaczęłam rozglądać dookoła zdezorientowana. Po dłuższej chwili usłyszałam głos mamy, jakby z jakiegoś głośnika w ścianie.

- Zapraszam na obiad.

Przetarłam zaspane oczy i wyszłam na korytarz, wpadając wprost na umięśniony brzuch mojego brata. Widocznie on też musiał zasnąć bo wyglądał jakby go kopnął prąd, tym samym elektryzując włosy. Na szczęście nic nie powiedział tylko w milczeniu ruszyliśmy po schodach do kuchni, gdzie zasiedliśmy wygodnie do stołu.

Spojrzałam na zegar wiszący nad kuchenką i o mało nie spadłam z krzesła.

- Już osiemnasta?! - krzyknęłam. - To chyba już bardziej kolacja - dodałam, a wszyscy się zaśmiali z mojej reakcji, w końcu, każdy musiał odespać podróż i całe to rozpakowywanie.

Kiedy już wszyscy zjedliśmy posiłek tato przypomniał nam, że jutro musimy iść do szkoły. Mimo że nadal nie widziałam sensu, bo przecież za miesiąc wakacje, no ale cóż.

- Dobra nadszedł moment, aby was o czymś poinformować... - powiedział w końcu ojciec.

- Tato chciał powiedzieć, że mamy dwie wiadomości dla was - poprawiła go mama. - Mianowicie, wiecie już, że wasza babcia Anna nie żyje, ale jakoś miesiąc temu dowiedzieliśmy się o testamencie. Okazało się, że miała ona duży majątek. Tuż przed śmiercią zakupiła ten dom i zapisała go na naszą rodzinę - gdy skończyła mówić spojrzała na nas w oczekiwania na jakąkolwiek reakcje.

- To miło z jej strony - powiedziałam w końcu. - A druga wiadomość? - zapytałam z ciekawością.

- No więc ta informacja może być dla was szokująca, więc się nie denerwujcie - powiedział tato, co wzbudziło we mnie jeszcze większą ciekawość.

- No, to tak... Ja... To znaczy my, my z tatą... Chcemy wam powiedzieć, że... - tutaj mama się zacięła i nastała głucha cisza.

- Mama chciała powiedzieć, że nasza rodzina się powiększy i będziecie mieć młodsze rodzeństwo - przerwał ciszę tato wystawiając karty na stół.

- Jak to?! - Antek był w szoku. Ja w sumie też w końcu różnica wieku między nami będzie ogromna, no ale cóż, tak wyszło i trudno.

- Normalnie, za sześć miesięcy nasza rodzina powiększy się o małą dziewczynkę - mama uśmiechnęła się.

- Tak długo to przed nami ukrywaliście - powiedziałam i wstałam od stołu. - Idę się przygotować do szkoły - dodałam i ruszyłam w stronę schodów. Za sobą usłyszałam, że mój brat, również wstał od stołu i zmierzał na górę.

- Nie jesteś na nich zła?! - powiedział nagle ze zdziwieniem.

- Nie, czemu? - spojrzałam na niego. - Dzieci są fajne, będziesz mógł zostać ochroniarzem dla kolejnej siostry - zaśmiałam się i pobiegłam do pokoju.

***

- Ami, pobudka - krzyknął Antek wchodząc do mojego pokoju jak do siebie.

- Już wstaje - wymamrotałam i wstałam z łóżka, na oślep pchając mojego braciszka w stronę wyjścia. - Ale Panu dziękujemy - dodałam i zamknęłam mu drzwi przed nosem. Następnie udałam się do garderoby, było w niej dużo moich starych ubrań, ale pojawiło się też trochę nowych. Zgadywałam, że mama wieczorem przyszła i mi coś przyniosła.

Ubrana wyszłam na korytarz i skierowałam się do jednej z dwóch łazienek na piętrze, do tej która znajdowała się na przeciwko mojego pokoju. Na szczęście Antek wybrał pokój na końcu korytarza i nie musiałam się martwić o zajętą łazienkę z rana.

Ubrana w zwiewną kremową sukienkę, upięłam włosy w koka i z lekkim makijażem zeszłam do kuchni, aby zjeść śniadanie. Usiadłam przy stole, na którym stał już przygotowany talerz z tostami.

- To dla mnie?! - zapytałam zdziwiona, bo mój brat nigdy wcześniej nie zrobił mi śniadania.

- Tak, jedz, bo zaraz jedziemy - odparł pospiesznie i wyciągnął kluczyki z kieszeni, machając nimi z szerokim uśmiechem.

- Dostałeś samochód?! - powiedziałam naburmuszona. - To jest niesprawiedliwe - dodałam.

- No, ale Ty i tak nie masz prawka, jak zrobisz to też dostaniesz - powiedział i ruszył w stronę przedsionka, aby ubrać buty i odpalić auto.

Pospiesznie dokończyłam śniadanie i pobiegłam do drzwi, po drodze zgarniając torbę, oraz kasę przygotowaną przez mamę dzień wcześniej, żebyśmy zjedli coś poza domem. Zarzuciłam dżinsową kurtkę, ubrałam sandałki i wyszłam z domu, uprzednio zamykając go na klucz.

Okazało się, że mój braciszek dostał Audi A6 i to jeszcze czarny. Usiadłam z przodu, obok miejsca kierowcy i wręcz zżerała mnie zazdrość. Samochód pachniał nowością, jakby dopiero wyjechał z salonu. Nie było mi jednak dane dłużej nad tym myśleć, gdyż ruszyliśmy z pod domu z piskiem opon, a ja postanowiłam rozejrzeć się po okolicy. Ku mojemu zdziwieniu minęliśmy tabliczkę oznajmiającą, że wjechaliśmy do Wrocławia. Jak to jest możliwe, skoro podobno mieszkamy we Wrocławiu?

- Rodzice zrobili nas w konia! - oznajmiłam. - Nie mieszkamy we Wrocławiu tylko na jakimś zadupiu zabitym dechami - odparłam oburzona. - Nasza wiocha nawet nie ma nazwy - dodałam.

- Wiem, że nie mieszkamy we Wrocku, a nasza wiocha, jak ją nazwałaś, ma nazwę tylko nieoficjalną - odparł i skierował wzrok na drogę.

- Niby jaką? - zdziwiłam się, nie mogąc uwierzyć, że takie miejsce posiada jakąś nazwę.

- Dowiesz się w swoim czasie - odparł z szerokim uśmiechem. Resztę drogi przejechaliśmy w milczeniu. Dojazd na szczęście zajął nam jakieś 20 min, więc byliśmy w mojej szkole wcześniej niż planowaliśmy. Z racji, że był to pierwszy dzień Antek zaparkował samochód na wolnym miejscu i poszliśmy do sekretariatu, żeby dowiedzieć się co i jak. Kiedy wszystko było już jasne pożegnałam się z bratem, który jako student pojechał na swoją nową uczelnie. Na szczęście nie była ona zbyt daleko, bo znajdowała się zaledwie dwie ulice dalej, dlatego nie było problemu.

Dla mnie najgorsze okazało się to, że nikogo nie znałam, a został już tylko miesiąc szkoły, na dodatek dla mnie, to ogólnie ostatni, bo potem matura, że też rodzice wybrali akurat taki moment.

Wzięłam głęboki wdech i ruszyłam w głąb korytarza.

wtorek, 29 września 2020

Rozdział 1


Siedziałam na łóżku i wpatrywałam się w spakowane walizki. Puste szafy sprawiały, że kolejne łzy spływały po mojej twarzy. Zostały dwa dni do przeprowadzki, a co potem? Przecież moje życie było tutaj w Warszawie. Nie byłam w stanie myśleć, że mogłoby być inaczej. Czułam, że cały świat zaczął mi się walić. Nagle usłyszałam dzwonek do drzwi, a chwilę później do mojego pokoju weszła Ania, moja przyjaciółka z lat dzieciństwa.

- Matko, czyli to prawda, wy na poważnie wyjeżdżacie? - powiedziała smutnym, załamanym głosem.

- Jak widać - tylko tyle potrafiłam z siebie wydusić.

- Będzie mi Ciebie bardzo brakować - powiedziała smutno.

- Mi Ciebie bardziej - odpowiedziałam i wybuchłam płaczem. Podeszła do mnie i próbowała pocieszyć, że wszystko się ułoży. Ja jednak wiedziałam, że od teraz nic nie będzie już takie samo. Byłam pewna, że nasze drogi się rozchodzą i kontakt się rozluźni, albo całkiem zaniknie.

***

Nadszedł dzień wyjazdu. Był to również mój ostatni dzień w szkole. Kiedy przekroczyłam próg znajomych murów poczułam, że to już nie jest moja szkoła, byłam tam obca. Wszystkie znajome twarze patrzyły teraz na mnie z podziwem i smutkiem. Miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Na szczęście dzwonek wybawił mnie z opresji. Szybko udałam się w stronę sali, gdzie miała być pierwsza lekcja. Kiedy dotarłam pod klasę, usłyszałam jak ktoś mnie woła. Odwróciłam się i zobaczyłam Panią dyrektor idącą w moją stronę.

- Przygotowałam już dla Ciebie wszystkie dokumenty - powiedziała, gdy była wystarczająco blisko, abym usłyszała.

- Ooo dziękuję Pani bardzo - odpowiedziałam z wymuszonym uśmiechem.

- To chodź do mojego gabinetu, będziesz miała już z głowy te wszystkie formalności - powiedziała. - Rozliczymy się od razu z biblioteką i kluczykiem. Co ty na to? - zapytała.

- Dobrze... Myślę, że tak będzie najlepiej - odpowiedziałam i ruszyłam za Panią wzdłuż korytarza.

***

Dzień w szkole zleciał zdecydowanie za szybko. Właśnie zaczynała się ostatnia lekcja, czyli czas pożegnania z klasą. Pani zorganizowała nam jedzenie i przez czterdzieści pięć minut żegnałam się z przyjaciółmi. W tamtym momencie były to najgorsze chwile mojego życia.

Niestety wkrótce nadszedł czas, aby zostawić przeszłość za sobą.

Kiedy wyszłam ze szkoły poczułam, że nigdy już nie znajdę takich przyjaciół, ale od jakiegoś czasu starałam się myśleć pozytywnie. Może w nowym mieście poznam kogoś nowego i będzie mi tam lepiej.

***

Wróciłam do domu i dopakowałam resztę swoich rzeczy. Byłam ciekawa jak będzie wyglądał mój nowy pokój. Wyszłam na dwór i zapakowałam walizki do czarnego Vana, po czym ostatni raz weszłam do starej kuchni, gdzie ściany świeciły pustkami, ale mimo to nadal widziałam tam całą naszą rodzinę podczas wspólnych posiłków.

- Nigdy nie zapomnę tych wszystkich wydarzeń, które miały tu miejsce - wyszeptałam i po raz ostatni wyszłam z tego domu. Wsiadłam do samochodu i czekałam, aż ruszymy.

Po drodze rozmyślałam nad moim nowym życiem. Byłam zmęczona całą tą przeprowadzką i zasnęłam. Obudził mnie Antek.

- Hej! Wstawaj! Już jesteśmy na miejscu! - krzyczał mi do ucha. Podniosłam się i wyjrzałam za okno.

- No to gdzie jest ten nasz nowy dom? - zapytałam. - Przecież to jest jakaś wiocha - byłam zaskoczona.

Po chwili jednak moim oczom ukazał się wielki dom z ogromnym ogrodem i basenem.

- Wooow - krzyknęliśmy z Antkiem w jednym momencie. Nasza reakcja była chyba na tyle zabawna, że ojciec wybuchnął śmiechem.

- Mówiłem, że wam się spodoba - powiedział, kiedy udało mu się opanować salwy śmiechu.

- To wygląda jak jakaś willa - powiedziałam z niedowierzaniem. Po chwili staliśmy już na podjeździe, mama wysiadła z samochodu, a my z Antkiem wciąż wpatrywaliśmy się w nasz nowy dom z otwartymi ustami.

- Na co czekacie? - z osłupienia wyrwał nas głos ojca. Popatrzyliśmy z bratem na siebie i w jednej chwili wyskoczyliśmy z samochodu. Tato zaparkował auto na długim i szerokim podjeździe, który pomieściłby nawet z trzy duże samochody.

Zaczęłam rozglądać się dookoła i chłonąć piękny widok. Czegoś takiego jeszcze nie widziałam. Lekkie i świeże powietrze wdzierało się przez moje uchylone usta. Spojrzałam na dom. Miał on barwy dwóch odcieni szarości, w większości był to ciemny kolor, ale na zagięciach ścian był jaśniejszy. Komponowało się to ze sobą niesamowicie, zwłaszcza, że był naprawdę bardzo przeszklony i nie mogłam się napatrzeć.

- Jak duże mamy podwórko? - zapytałam w końcu po dłuższej chwili ciszy.

- Hmmm, jakieś 500 m² - odpowiedział tato, uprzedzając mamę.

- O matko! - pisnęłam, po czym razem z Antkiem ruszyliśmy do drzwi wejściowych. Wszystko było bardzo zadbane, przed wejściem betonowe dróżki i chodniki oraz różnego rodzaju kwiaty.

- Czy wyście na loterii wygrali czy jak? - zapytał mój wścibski braciszek.

- Nie, nic nie wygraliśmy, ale potem opowiemy wam co się wydarzyło - powiedziała z uśmiechem mama, podążając za nami.

Od progu uderzyła w nas paleta ciepłych barw. Obszerny przedsionek pomalowany na pomarańczowy kolor, mieścił w sobie trzy duże szafy na kurtki i buty. Było to naprawdę bardzo imponujące. Dalej ciągnął się długi korytarz przy którym naliczyliśmy z pięć pomieszczeń i łazienkę. Jak się potem okazało na końcu korytarza znajdował się przestronny salon z kącikiem kinowym, gdzie stała ogromna beżowa kanapa, przed nią stolik kawowy, również w tym kolorze, a na ścianie telewizor mający chyba ze sto cali. Po drugiej stronie salonu była część jadalna z dużym rozkładanym dębowym stołem. Pomieszczenie było oświetlone przez liczne okna oraz drzwi tarasowe, które umożliwiały wyjście na ogród. Natomiast kuchnia znajdowała się za zakrętem korytarza, tuż obok salonu.

- Ej, dzieciaki! - krzyknął ojciec. - Tam jest wejście do naszego garażu - wskazał palcem na masywne drzwi znajdujące się tuż obok przedsionka. - A tam - tym razem wskazał na jedne z pięciu drzwi znajdujących się na korytarzu - są schody na góry, idźcie się rozejrzeć i wybierzcie sobie jakiś pokój - dodał i ruszył do sypialni, gdzie zdążyła już pójść mama.

Antek rzucił się biegiem do drzwi, gdzie podobno były schody. Jednak, gdy je otworzył, wybuchłam śmiechem, ponieważ tam znajdowała się kotłownia, a nie wejście na górę.

Kiedy on nie wiedział co się stało, ja postanowiłam zajrzeć do salonu i zobaczyć czy tam nie są przypadkiem ukryte schody. No i nie myliłam się, wcześniej nikt ich nie dostrzegł, bo były w ukrytej części salonu. Szybko pobiegłam na górę i rozejrzałam się ostrożnie. Zaczęłam zaglądać do poszczególnych pomieszczeń i w końcu znalazłam pokój który był idealny. Ściany pomalowane na kolor jasno zielony, a meble czysto białe. Pokój był bardzo duży, a łóżko wygodne i miękkie. Jednak zorientowałam się, że nie mam szaf na ubrania w pokoju, więc zaczęłam się rozglądać.

Na jednej ze ścian wisiała biała zasłona. Powoli zbliżyłam się do niej i odsłoniłam ją, tym samym odkryłam, że są tam drzwi prowadzące do garderoby. Ten pokój był dla mnie idealny. Położyłam się na swoim miękkim łóżku i poczułam ogarniające mnie szczęście, oraz nadzieję, że może nie wszystko będzie takie straszne jak myślałam.

Spojrzałam na ścianę znajdującą się na przeciw mojego łóżka. Wisiały tam obrazy kwiatków. Pod oknem znajdowało się białe biurko, a tuż koło drzwi stał biały stojak na ubrania. Wszystko było idealne, podniosłam się szybko z łóżka i odszukałem kontakt koło nocnej szafki. Wyciągnęłam z torebki ładowarkę do telefonu i podłączyłam rozładowaną komórkę, odkładając ją na stolik. Kiedy telefon się ładował, ja ponownie położyłam się na łóżku i zamknęłam oczy, rozmyślając jak to wszystko będzie teraz wyglądać.

Prolog

Dźwięk budzika wyrwał mnie ze snu. Szybko wstałam z łóżka i ruszyłam w stronę łazienki.

Dzisiaj to ja będę pierwsza... W końcu pokażę Mu, że nie zawsze będzie miał wszystko pierwszy ~ pomyślałam.

Jednak ku mojemu zaskoczeniu jak zwykle On już tam był. Moja nienawiść do brata z każdym dniem i każdym porankiem wzrastała coraz bardziej. Nie miałam jednak już czasu, aby się nad tym zastanawiać bo mama zawołała wszystkich na śniadanie. Zarzuciłam na siebie mój fioletowy szlafrok, a tuż przed wyjściem zerknęłam jeszcze w lustro wiszące na ścianie, tuż obok drzwi. Ujrzałam rozczochrane brązowe loki, które teraz przypominały istny armagedon, normalnie sięgały mi za łopatki, ale teraz takie napuszone ledwo dotykały moich ramion. Przyjrzałam się mojej twarzy i o mało nie dostałam zawału, blada cera, lekko opuchnięte i zaczerwienione, zwykle zielone oczy, jakaś masakra. Ludzie z reguły mówią mi, że jestem chuda, ja co prawda mam na ten temat inne zdanie, nie uważam, że jestem gruba, jednak w drugą stronę też nie bardzo. Szybko wyszłam z pokoju, udając się w stronę kuchni, najwyżej będę straszyć, ale to wszystko z winy Antka.

Gdy wszyscy siedzieliśmy przy stole mama spojrzała porozumiewawczo na tatę, który tylko pokiwał głową od niechcenia. Następnie wstał i spojrzał na nas smutno. Zdziwiona jeszcze raz spojrzałam na mamę, która siedziała ze spuszczoną głową. Krótkie blond włosy opadały jej na pucołowatą twarz, błękitne oczy pociemniały ze zmęczenia co dodawało jej lat. Mając trzydzieści dziewięć lat zaczynała powoli zachowywać się jak babcia. Miała dość pulchną budowę ciała, a niewielki wzrost pogłębiał to wrażenie. Ja jednak zawsze uważałam ją za piękną i kochaną. Porównywałam się do niej, pomimo, że nie mogłam w sobie dostrzec nic do niej podobnego

- Mamy dla was wiadomość, która może nie być dla was zbyt przyjemna - powiedział i zrobił krótką pauzę. - Mama dostała propozycję pracy, której, niestety jak się okazało siedziba znajduje się we Wrocławiu - dokończył swoją wypowiedź jednym tchem po czym usiadł.

- Ale to chyba jest dobra wiadomość - zdziwił się mój, jakże inteligentny brat. Siedział on teraz naprzeciwko mnie przy prostokątnym, drewnianym stole. Miał mokre od wody czarne, roztrzepane włosy. Był on wysoki, jego wzrost osiągał piękną liczbę 180cm, przystojny i umięśniony. Należał do tej elity facetów, gdzie kobiety dałyby się zabić, za zobaczenie choćby jednego jego uśmiechu. Robił to zwykle zalotnie, z tym swoim połyskiem czekoladowych oczu. Nigdy mu tego nie powiedziałam, ale zazdrościłam mu wyglądu.

- Jasne, że nie, bo przecież mieszkamy w Warszawie, głupku - wymamrotałam tylko i wróciłam do przeżuwania płatków.

- Ej! Spokój! - krzyknęła mama. - Wiem, że sytuacja wygląda nie najlepiej, ale jakoś damy radę. We Wrocławiu też są szkoły, przyzwyczaicie się do nowego otoczenia - dodała i wyszła z kuchni.

- Coooo?! - razem z Antkiem krzyknęliśmy niezadowoleni.

- Dlaczego my też mamy wyjeżdżać? Przecież mama sama mogłaby pojechać? - odezwał się mój brat z wyraźną złością i chyba nie miał zamiaru zaakceptować tej decyzję, a to on podobno jest starszy. Zachowuje się jakby miał jakieś 5 lat, a nie 20, pomyślałam, ale uznałam, że nie podzielę się tym przemyśleniem z resztą domowników.

- Ponieważ to spowodowałoby rozpad naszej rodziny, dlatego zdecydowaliśmy tak, a nie inaczej i od tej decyzji nie ma już odwrotu - powiedział tato. - Już nawet kupiliśmy nowy dom na obrzeżach Wrocławia - dodał.

- A kiedy wyjeżdżamy? - zapytałam.

- Za dwa tygodnie - odpowiedział z nutą goryczy. Był mężczyzną dobijającym do czterdziestki. Na jago włosach już pojawiała się siwizna i nie należał raczej do przystojnych, dlatego zastanawiałam się po kim Antek ma ten wygląd. Miał cały czas ponurą minę i nie był zbyt rozmowny, raczej niskiego wzrostu i o raczej kobiecej budowie ciała. Nie był zbyt wysoki, może 170cm wzrostu. Jakby się temu przyjrzeć to mój brat był jego totalnym przeciwieństwem.

- Ale to przecież będzie miesiąc przed końcem roku! Dlaczego nie możemy wyjechać jak już skończymy zajęcia w szkole? - byłam załamana.

- Takie niestety były terminy, nic nie możemy zrobić - powiedział.

- Wrócimy tu kiedyś? - zapytał Antek z błyskiem w oku, którego nie byłam w stanie zrozumieć.

- Raczej nie, mama wystawiła dom na sprzedaż i już zgłosili się chętni do zakupu - mówił tato starając się zachować spokój. Gdy to usłyszałam pobiegłam do swojego pokoju. Nie mogłam pogodzić się z tą myślą, nadal do mnie nie docierało, że to koniec mojego życia w Warszawie.

Leżąc na łóżku, starałam się wyłączyć myślenie. Niestety bombardowały mnie wspomnienia z dzieciństwa i różnych innych, czasami dziwnych sytuacji. Wiedziałam, że niekiedy działy się tutaj niewyjaśnione rzeczy, ale wypierałam je z podświadomości. Nie chciałam wyjść na wariatkę, zwłaszcza, że były to tylko jakieś lewitujące przedmioty. Pewnie te wszystkie sytuację nawet się nie wydarzyły, tylko były moim snem, ale mimo wszystko kochałam to miejsce, dom i szkołę. To może dziwne, bo każdy normalny człowiek unika szkoły jak ognia, jednak ja miałam tam przyjaciół i w zasadzie całe życie. Przemyślenia zaczęły mnie przytłaczać, dlatego zamknęłam oczy i dałam się porwać w objęcia Morfeusza.

piątek, 25 września 2020

Największa słabość

Milan błyskawicznie podniósł się z ziemi, wyjął miecz z pochwy i wymierzył w blondyna. Jego oczy przepełnione były nienawiścią, która odbierała mu resztki logicznego myślenia.

– Gadaj co wiesz albo cię zabiję! Nie mam czasu na twoje gierki!

Błękitnooki powoli zaczął podnosić się z ziemi, aby nie sprowokować swoim działaniem żadnego niechybnego ruchu ze strony Milana.

– Aż tak bardzo nienawidzisz swojej mocy? – bardziej stwierdził niż zapytał łagodnym tonem blondyn nic nie robiąc sobie z miecza, który  aktualnie stykał się z jego delikatną skórą na szyi.

– Nie igraj ze mną, Leder! – wysyczał uświadamiając sobie, że właśnie teraz błękitnooki przede wszystkim odkrył jego największą słabość jaką jest jego bezużyteczna moc – Mów co wiesz!

– Milan, twoja moc nie jest powodem do wstydu! – krzyknął blondyn, aby dotrzeć do zaślepionego nienawiścią umysłu i serca szarookiego – Moc to dar, który jest bardzo cenny – ostatnie zdanie ledwo wykrztusił łagodnym tonem. Ręce Milana drżały przez co miecz mimowolnie zaczął coraz bardziej ranić skórę na szyi, skutecznie utrudniał mu to powiedzenie czegokolwiek. Z rany wydobyła się stróżka krwi, która zaczęła spływać w dół aż nie wsiąkła w zniszczone ubrania Ledera.

– Co ty możesz, do cholery, wiedzieć?! – wrzasnął czarnowłosy, z rozdygotanej dłoni wyleciał mu miecz, który upadł z łoskotem na ziemię. Pochylił głowę w dół, aby Leder nie mógł zobaczyć jego łez, które zaczęły wydobywać się wbrew jego woli. Schylił się, podniósł błyskawicznie miecz z ziemi i schował go niezdarnie do pochwy, aby odwrócić uwagę blondyna od swojej twarzy. Zdradzieckie łzy musiały akurat w najmniej odpowiednim momencie wypłynąć. Wcześniej nawet jak chciał, aby płacz przyniósł mu chwilowe ukojenie po stracie bliskich to nie mógł się zmusić do ani do jednej samotnej łezki, a teraz rozryczał się niczym małe dziecko. Odwrócił się w stronę rzeki i odszedł, aby obmyć twarz chłodną wodą, może chociaż ona ukoi jego zszargane przez Ledera nerwy.

Blondyn stojąc przyglądał się jak Milan ciągle nabiera w dłonie wodę i płucze twarz. Domyślił się co szarooki chciał przed nim tak usilnie ukryć. Z tego co już zdążył dowiedzieć się o Milanie wiedział, że właśnie przyczynił się do zniszczenia jakiejś bariery, która otaczała czarnowłosego. Czyżby tak bardzo było zakorzenione w jego umyśle, że moc kwiatów jest czymś gorszym? Może ktoś wyśmiewał się z tego i wygadywał jakieś okropne bzdury o tym. Czasem wielokrotne powtórzone kłamstwo w końcu staje się prawdą.

Podszedł do niego i stanął tuż za nim. Poczekał aż Milan skończy obmywać twarz i dopiero wtedy się odezwał:

– Czy sądzisz, że moc ognia jest czymś lepszym od mocy kwiatów. Zabiłem tysiące niewinnych istnień czy to robi ze mnie kogoś lepszego? – spytał Leder delikatnym głosem – Gdybym był na twoim miejscu cieszyłbym się, że moja moc może pomagać ludziom.

Milan podniósł się z klęczek i odwrócił się w stronę blondyna. Jego spuchnięte delikatnie oczy były jedynym dowodem tego, że jeszcze chwilę temu płakał.

– Skoro chcesz pomagać ludziom dlaczego ich wszystkich wymordowałeś? – wpatrywał się swoimi szarymi oczami wprost w te należące do Ledera. Nie było już gniewu w tych oczach, jedynie bezsilność i odrobina ciekawości tak jakby Milan potrzebował, aby w końcu ktoś przebił się przez jego długoletnią barierę i rozwalił ją z hukiem jak to zrobił blondyn stojący tuż przed nim. W końcu przynajmniej poczuł zalążek ulgi, że chociaż ten ciężar został zdjęty z jego krwawiącego serca.

– Nie chciałem tego, nigdy nie byłbym w stanie zabić mojej rodziny i tylu mieszkańców – odparł blondyn smutnym głosem, w jego błękitnych oczach wręcz wylewało się cierpienie. Schylił głowę nie będąc już w stanie patrzeć w szare oczy Milana, w których nie było już nienawiści do niego. Chciał dalej w nich to widzieć, pragnął, aby ten człowiek stojący przed nim nienawidził go z całego serca, żeby go zabił za to co uczynił, ponieważ on nigdy sobie nie wybaczy tego co zrobił.

Milan dopiero teraz uświadomił sobie, że teraz naprawdę chce wysłuchać co ma do powiedzenia blondyn. Nie dlatego, że tak wypada i powinien to zrobić. Chciał poznać historię Ledera i dopiero wtedy na chłodno wszystko przekalkulować i wyciągnąć wnioski.

– Do mojego domu wtargnęła trójka złodziejaszków – Leder zaczął opowiadać głosem pozbawionym emocji, zatopił się w swoich wspomnieniach, tak jakby przeżywał wszystko ponownie od nowa – Sądziłem, że to tylko jacyś bandyci, którzy no wiesz pragną jedynie pieniędzy i kobiet. Jednak oni wiedzieli o mojej mocy, chcieli zwerbować mnie, abym stał się jednym z nich. Ta trójka była praktycznie nie do pokonania, jeden z nich miał moc niewidzialności, drugi teleportacji, a trzeci to nie mam pojęcia, ale pewnie też równie potężną. Nie mam pojęcia po co ja im byłem tam jeszcze potrzebny. Zabili moich rodziców, wtedy użyłem mojej mocy po raz pierwszy. Nim się obejrzałem mój dom stanął w płomieniach przez to, że podłożyli tam dodatkowo ogień. Moja moc działa w ten sposób, że ogień sam z siebie niknie po kilku sekundach, ale jeśli zetknie się z takim co powstał w inny sposób podtrzymuje jego palenie. Byłem głupi i oślepiony nienawiścią, a oni niestety przewidzieli każdy mój ruch, że zacznę ich gonić chcąc, aby zapłacili za śmierć moich rodziców. Pragnąłem się zemścić, a oni postanowili podłożyć ogień w różnych miejscach Karlis. Dlatego miasto tak szybko stanęło w płomieniach. Moja moc i ogień, który podłożyli przyniosły katastrofalne skutki. Wszystko zostało spotęgowane przez moją głupotę, ponieważ w pewnym momencie przestałem kontrolować swoją moc.

Milan słuchał uważnie nie odzywając się ani słowem. Gdy Leder ucichł kończąc swoją opowieść nastała głucha cisza, której nikt nie chciał przerywać. Ich myśli jednak podążały podobnym torem, Karlis - miasto, które raz na zawsze zostało pochłonięte przez zabójczy żywioł, a w tym bliscy obydwóch chłopców. Jak czwórka mężczyzn mogła doprowadzić do unicestwienia całego miasta liczącego kilka tysięcy mieszkańców? To wydaje się takie nieprawdopodobne, a jednak to się stało.

Milan w końcu uniósł delikatnie swoje kąciki ust ku górze. Kiwnął głową w podzięce blondynowi, a następnie ruszył z powrotem w stronę lasu. Na twarzy miał wymalowaną zaciętość, a w oczach widniał błysk świadczący, że nie spocznie dopóki nie osiągnie swojego celu, który sobie przedsięwziął.

Jednak zaraz przystanął, pokręcił głową jakby karcił się ze swojego zapominalstwa i próbując o niczym nie myśleć musiał jak najprędzej się skupić. Chciał aktywować swoją moc. Zaczął przechadzać się radosnym krokiem pozostawiając za sobą gdziekolwiek nie poszedł jasno zielone tulipany*. Schylił się i zerwał wszystkie kwiaty, a następnie  wręczył je Lederowi.

– Musisz ogrzać je pod ogniem, aby wydobyć z nich leczniczą substancję. Raczej starczy ci tyle tych badyli aż wszystkie rany ci się nie zagoją – rzekł spokojnie Milan. Nie miał pojęcia skąd nagle pragnął odwdzięczyć się blondynowi. Przecież to po części on stał za podpalenien miasta, jednak on wolał zająć się trójką rabusiów. Patrząc na błękitnookiego nigdy w życiu nie uwierzyłby, aby był zdolny kogoś skrzywdzić. Zawsze wierzył, że każdy powinien płacić za swoje czyny, był jednak pewny, że Leder już wystarczająco wycierpiał.

– Dlaczego mi to dajesz? – spytał blondyn nie kryjąc zdziwienia, zachowanie szarookiego całkowicie go zaskoczyło czego nie ukrywał. Był pewien, że Milana nie obejdzie to, że złodzieje wplątali go umyślnie w swój plan.

– Nie zadawaj głupich pytań – prychnął nie mając ochoty tłumaczyć się dlaczego jego serce podjęło taką, a nie inną decyzję – Tak czy inaczej, tutaj nasze drogi się rozchodzą – odparł i wcisnął wszystkie tulipany w ręce Ledera po czym odszedł w stronę lasu ani razu nie odwracając się za siebie.

Blondyn wpatrywał się jak szarooki odchodzi, a jego czarne włosy oraz peleryna powiewały na wietrze. Spojrzał na bukiet kwiatów, a z jego oczów zaczęły wydobywać się słone łzy. Czy naprawdę na to zasłużył? Pragnął śmierci, aby odkupić swoje winy, a zamiast tego dostał kwiaty, które wyleczą jego rany. Chciał wpatrywać się w szare oczy Milana pełne nienawiści, a ostatni raz patrząc w jego oczy mógł ujrzeć słaby, ale jednak widoczny błysk radości i nadziei.

Nie zasłużył na to! Jego ręce zaczęły niekontrolowanie drżeć aż w końcu wypadły z nich trzymane tulipany. Spadły na ziemię niszcząc całkowicie bukiet, które jeszcze przed chwilą tworzyły.

* Zieleń oznacza nadzieję

Nienawiść w sercu

 

Nad głowami dwójki chłopców przeleciały dwa kolorowe kolibry, które przerwały ciszę radosnym świergotem. Jednak oni nie zwrócili na to uwagi mierząc się nawzajem uważnym spojrzeniem. Jeden wzrok był pełen nienawiści zaraz po usłyszeniu owych słów, które pochodziły z ust blondyna. Drugi za to wypełniony był bezgranicznym smutkiem oraz cierpieniem.

– Mogę dostać coś do picia, na przykład wodę? – spytał nagle blondyn, a w jego głosie nie było słychać tego co zdawały się mówić należącej do owej osoby oczy. Ton błękitnookiego był spokojny i można było usłyszeć w nim nutkę zaciekawienia jak na to z pozoru proste pytanie zareaguje jego rozmówca – Wtedy ci o wszystkim opowiem, pewnie chciałbyś to usłyszeć zanim mnie zabijesz.

– A co ja jestem?! Studnia życzeń czy co, cholerny morderco?! – krzyknął Milan i zacisnął swoją dłoń na rękojeści miecza. Musiał włożyć wiele wysiłku w to, aby poskromić swoją ochotę wyjęcia miecza i skrócenia blondyna o głowę – Jeśli nie chcesz opowiadać to już teraz cię zabiję! Przynajmniej nie zmarnuje się cennej wody!

Blondyn wpatrywał się w Milana błagającym spojrzeniem. Szarooki jedynie prychnął. Przestał zaciskać dłoń na rękojeści miecza i podszedł do niego. Ściągnął z niego błyskawicznym ruchem swój płaszcz i przywdział go.

– Ruszaj się! – warknął jedynie i nie odwracając się, aby sprawdzić czy błękitnooki podąża za nim, ruszył przed siebie.

Nie obchodziło go czy blondyn jest w stanie w ogóle podnieść się z ziemi. Był tego świadomy, że przez rany, które dalej widnieją na jego skórze każdy krok może być dla niego istną katorgą. Jednak serce czarnowłosego było zaślepione nienawiścią przez co pragnął, aby cierpiał jeszcze bardziej niż on sam. Nie miał pojęcia dlaczego w ogóle chce słuchać jego bezsensownych tłumaczeń, powinien zaraz po usłyszeniu słów, że to zrobił od razu go zabić, bez żadnego wahania. Dlaczego zatem jednak postanowił zabrać go do rzeki płynącej nieopodal, aby zaspokoił swoje pragnienie? Czy uległ błękitnemu spojrzeniu, przez które nie był w stanie mu odmówić tej z pozoru drobnej rzeczy? Może w jego sercu jednak jest jeszcze minimalna słabość zwana przez ludzi również litością...

Milan ponownie zacisnął dłoń na rękojeści. Tym razem jednak wyjął miecz i w przypływie gniewu zamachnął się. Przeciął gałąź, która znajdowała się na tyle nisko, że zdołał jej dosięgnąć, aby na niej wyładować swoje emocje, które jak dotąd nie znalazły ujścia.

Blondyn, który podniósł się z trudem z ziemi podążał za szarookim w ciszy. Czuł każdy nawet najdrobniejszy ból gdy tylko próbował zmusić swoje wyniszczone ciało do współpracy. Widząc, że chłopak w końcu przestał się kontrolować i emocje wzięły nad nim górą, zaczął wyżywać się na gałęzi, a następnie powziął sobie za cel nikomu niewinne drzewo, musiał w końcu zareagować.

– Dlaczego niszczysz drzewo, które nie wyrządziło ci żadnej krzywdy? – wyszeptał z trudem, lecz łagodnie, jedynie w jego oczach można było ujrzeć błysk pogardy, który jasno oznaczał, że nie podoba mu się to jak czarnowłosy nisko upadł, aby wyżywać się na naturze.

– Zamknij się! Zamiast na drzewie mogę na tobie sprawdzić czy mój miecz na pewno jest wystarczająco ostry! – wysyczał delikatnie dysząc ze zmęczenia. Schował jednak szablę przewracając mimowolnie oczami, że jakiś morderca ludzi ma czelność mówić mu, żeby nie wyżywał się na drzewach. Przynajmniej on nie miał na sumieniu tysięcy istnieć w przeciwieństwie do błękitnookiego.

Milan czekał na odpowiedź blondyna, ale najwidoczniej ten nie zamierzał mu więcej odpowiadać. Prychnął jedynie i kontynuował swój marsz w stronę rzeki. Za sobą pozostawił nieznajomego, który jedynie smutno wpatrywał się w zniszczone od miecza drzewo.

Chłopiec przejechał spojrzeniem od górnej części kory aż do ziemi, wtedy też zauważył, że w miejscu gdzie jeszcze przed chwilą stał czarnowłosy zostało porośnięte przez gęsto usiane tulipany w kolorze żółtym. Schylił się i delikatnie zerwał jeden, podsunął go sobie pod nos wdychając nad wyraz słodki zapach kwiatka.

– Masz taką piękną moc, a tyle jest w tobie nienawiści – wyszeptał i schował tulipana do kieszeni – Ale niestety to chyba jest jedynie moja wina.

Posmutniał jeszcze bardziej i podążył wolnym krokiem za Milanem, rany mimo tego, że nie były w tak tragicznym stanie jak jeszcze dnia poprzedniego, piekły niemiłosiernie przez co z jego spierzchniętych warg coraz wydobywały się jęki bólu. W dodatku musiał jeszcze dogonić szarookiego zanim całkowicie straci go z oczów.

***

Drzewa nie porastały ziemi już tak gęsto. Co oznaczało, że z każdym krokiem dwójka chłopców zbliżała się do wyjścia z lasu. Ich oczom ukazała się długa, gęsta trawa, której od dawna nikt nie raczył przycinać. Zaraz za nią znajdowała się mała rzeka, gdzie przy każdym brzegu leżała odrobina piachu.

Milan podszedł bliżej rzeczki, aby przyklęknąć na piasku, następnie pochylił się ku niej, aby nabrać trochę chłodnej wody w dłonie. Do tej pory nie sądził, że był aż tak spragniony. Mimo tego, że wcześniej już znalazł to miejsce i wtedy ukoił największe pragnienie to jednak zmęczył się tą "walką" z drzewem. Był zły na siebie, że musiał wyładować akurat wtedy swoje emocje i to przy swoim wrogu.

Blondyn powolnym krokiem podszedł do rzeczki i kucnął tuż obok Milana. Nawet na niego nie spojrzał tylko nabrał w dłonie wody tak samo jak czarnowłosy, aby ukoić swoje pragnienie. Czuł jak chłodna woda przepływa przez jego wysuszone gardło i przełyk, dając poczucie ulgi.

– Dziękuję – rzekł odwracając głowę w stronę Milana, który jedynie prychnął na te słowa.

Czarnowłosy podniósł się i odszedł, aby położyć się na soczysto zielonej trawie, która była jeszcze wilgotna od rosy. Nie miał zamiaru spać, swoimi szarymi soczewkami dokładnie przypatrywał się każdemu najmniejszemu ruchowi blondyna. Swojemu wrogowi się nie ufa, a on nie jest już dzieckiem.

– Jak masz na imię i jaką masz moc? – spytał się błękitnooki odwracając głowę w stronę Milana wpatrując się w niego zaciekawiony.

– Po co ci te informacje? – wysyczał marszcząc brwi, miał ochotę chwilę poleżeć uspokoić się do końca, a nie odpowiadać na głupie i bezsensowne pytania.

– Mam na imię Leder, moją mocą jest ogień – odparł nie przejmując się ostrymi słowami czarnowłosego i delikatnie uniósł kąciki swoich ust ku górze.

– Nie obchodzi mnie to. Daj mi odpocząć – mruknął i wziął głęboki oddech próbując uspokoić się. Musiał oczyścić umysł, nie myśleć o niczym. Napawać się jedynie delikatnym wiaterkiem, który pieścił jego skórę na twarzy.

Blondyn westchnął jedynie i położył się tuż obok szarookiego nic już nie mówiąc. Przymknął oczy mając nadzieję, że zaczerpnie trochę cennego i kojącego snu.

– Mam na imię Milan, nie musisz nic o mnie wiedzieć skoro i tak to tylko kwestia czasu kiedy umrzesz – rzekł po chwili czarnowłosy spokojnym głosem. W końcu uspokoił zszargane nerwy i mógł normalnie rozmawiać, a nie pod wpływem kotłujących się emocji.

– Masz moc kwiatów. Myślę, że jest to bardzo piękna moc, tyle dobra możesz za pomocą niej zdziałać – odparł błękitnooki z ledwo słyszalną nutką zazdrości.

Na te słowa cały spokój Milana automatycznie wyparował. Zacisnął swoje dłonie w pięści aż czuł jak paznokcie wbijają mu się mocno w delikatną skórę. Jednak jego twarz dalej była spokojna i udawał, że słowa Ledera w ogóle go nie obeszły.

Może tak naprawdę błękitnooki chce tą niewinną rozmową pokazać czarnowłosemu, że nie jest przeżarty złem do szpiku kości za jakiego ma go Milan, aby uśpić jego czujność i zaatakować w najmniej oczekiwanym momencie. Poza tym wróg Milana poznał największą słabość swojego przeciwnika zatem on musi zniszczyć jego zanim blondyn zdoła wykonać swój ruch.

Moc kwiatów

Milan siedział na ziemi wpatrując się w małe ognisko, które rozpalił, aby ogrzać się przy nim. W nocy o tej porze roku bywało dosyć chłodno.

Przeniósł swoje spojrzenie na chłopca, który leżał tuż obok niego okryty jego płaszczem, którego wcześniej zapomniał zabrać przez to, że był zbyt bardzo pochłonięty możliwym niebezpieczeństwem. Dlatego gdy upewnił się, że nieznajomemu nic nie grozi i smacznie sobie śpi wrócił w miejsce gdzie odpoczywał, aby zabrać swoją własność.

Jedynie nad czym jeszcze rozmyślał było tym jak wyleczyć rozległe rany blondyna, które pochodziły od poparzenia. Miał pewien pomysł, ale osobiście wątpił w to, że jest on dobry i sprawdzi się.

Podniósł się w końcu z ziemi machinalnie otrzepując swój tyłek z brudu. Dołożył kilka gałązek do ogniska, a następnie spróbował skupić się, aby zadziała jego moc. Wiedział, że jego nieszczęsna moc aktywuje się jedynie wtedy gdy jest skupiony albo gdy jest kompletnie rozchwiany emocjonalnie. Przeszedł się kawałek zostawiając za sobą drogę pełną żółtych i fioletowych tulipanów. Mimo tego, że kontrolował już swoje emocje dalej w głębi serca odczuwał jednocześnie ból, smutek i złość przez co kolor kwiatów dalej nie został zmieniony na inny kolor.

Gdy czarnowłosy tylko ujrzał te wstrętne kwiaty mimowolnie wkurzony zacisnął pięści. Nie tylko jego moc nie dawała mu żadnych korzyści to jeszcze dodatkowo zdradzała wszystko to co czuł. Widok kwiatów, które rosły w zastraszającym tempie ukazując światu emocje pochodzące z prost przeszytego bólem serca odwróciły jego uwagę przez co przestał się skupiać. Schylił się i zerwał te co wyrosły o mało nie niszcząc delikatnych płatków.

Z tego co mama mu mówiła kwiaty, które rosły za pomocą jego mocy miały niezwykły dar. Mogły pomoc w uleczeniu rany. Mijało kilka dni, a na miejscu rany zazwyczaj nic nie zostawało, tak przynajmniej mówiła mu mama. Czarnowłosy nie miał pojęcia czy to w ogóle prawda czy może jego rodzicielka mówiła mu to tylko po to, aby w końcu zaakceptował swoją jakże wspaniałą moc. Wzruszył ramionami, należy spróbować wszystkiego, w przeciwnym razie posmaruje jego rany jakimiś mazidłami, które nosił w kieszeniach. Były to jednak jedynie na płytkie rany, dlatego wolał najpierw spróbować z tymi nieszczęsnymi kwiatkami.

Wziął patyk, który leżał przy nim i przytrzymał nad ogniem. Końcówka kijka praktycznie od razu zajęła się ogniem. Próbował ogrzać tulipana nad ogniem, aby wydobyć pod wpływem ciepła z niego leczniczą substancję, którą rozprowadzi na ranach blondyna.

Mógł równie dobrze nic nie robić, poczekać aż się obudzi i zmusić go do wyjawienia mu wszystkiego, a następnie zabić go albo zostawić na pastwę losu. Wiedział jednak, że gdyby jego rodzice byli tego świadkami to na pewno w ich oczach widniałaby pogarda, że nie pomógł komuś kto cierpiał od tylu godzin.

***

Wrzucił w końcu patyk na którym wesoło tańcowała iskra ognia do ogniska. Szarooki wytarł wierzchem dłoni swoje czoło na którym widniała odrobina potu. Wydobycie z tych nieszczęsnych tulipanów płynów było okropnie czasochłonne jednak gdy w końcu poczuł na palcach lepką substancję zbliżył się do nieznajomego.

Odkrył chłopca ze swojego płaszcza i podwinął mu koszulkę, aby mieć widok na wszystkie rany, a następnie delikatnie opuszkami palców rozprowadzał leczniczą substancję. Gdy skończył spojrzał na spokojną, pogrążoną we śnie twarz nieznajomego. Przynajmniej nie dołożył mu dodatkowych cierpień, jeśli jednak jest niewinny i będzie w stanie się jakoś wytłumaczyć nie powinien na darmo znosić katuszy.

Odwrócił twarz w stronę ogniska, dołożył kilka gałązek do niego i postanowił w końcu, że on także pójdzie w końcu spać. Powinien chociaż trochę pozwolić sobie odpocząć, aby w końcu uwolnić swoje myśli od tego jak bardzo brakuje mu rodziny i przyjaciół. Ten ból wykańczał go do reszty, miał już tyle razy ochotę się rozpłakać jednak dalej jego szare oczy nie były w stanie wypuścić chociaż jednej łzy dającej ukojenie.

Z tą myślą zasnął jednak i nawet w śnie nie zdołał zaznać spokoju.

Płomienie w szybkim tempie połykały każdy kawałeczek jego domu. Próbował za wszelką cenę dostać się do środka, ale tuż przed nim spadły podpalone deski. Przez co automatycznie wzdrygnął się i zrobił krok do tyłu. W jego oczach było widać jedynie przerażenie i bezsilność.

– Mamo! Tato! – krzyknął mając nadzieję, że mu odpowiedzą.

Milan poderwał z ziemi do siadu dysząc. Czuł jak cały wręcz się klei od potu, potrzebował zimnej kąpieli, aby się odświeżyć i przy okazji pozbyć się resztek tego koszmaru. Gdy w końcu w miarę uspokoił swój oddech spojrzał na nieznajomego, który wpatrywał się w niego uważnym spojrzeniem swoich błękitnych soczewek.

Milan zmarszczył brwi i miał ochotę mu wrednie odpowiedzieć, aby ten przestał się w niego wpatrywać, ale w końcu jedynie prychnął i podniósł się z ziemi. Zbliżył się do blondyna, aby spojrzeć na jego rany. Nieznajomy mimowolnie wzdrygnął się na niespodziewany ruch z jego strony, ale zignorował to. Odkrył go i schylił głowę wpatrując się w poparzenia. Wyglądały o wiele lepiej niż wczoraj, najwidoczniej substancja pochodząca z tulipanów rzeczywiście była lecznicza. Musi jedynie jeszcze kilka razy to zaaplikować i możliwe, że rany całkowicie się zagoją. Do medyka to i tak mu raczej daleko.

Potrząsnął głową z irytacją, za daleko wybiegł myślami. Najpierw musi się dowiedzieć kim jest ten człowiek, a dopiero potem powinien planować ratowanie mu życie.

Zauważył, że chłopiec dalej cały czas uważnie się w niego wpatruje swoimi błękitnymi oczami. Nie widać było w nich przerażenia i bólu jak dnia poprzedniego tylko jedynie ciekawość. Gdy ich spojrzenia się spotkały delikatnie uniósł kąciki swoich popękanych ust ku górze.

– Dziękuję – wychrypiał ledwo słyszalnym szeptem.

– Przecież doskonale wiesz, że pomogłem ci wczoraj jedynie po to, aby dostać jakieś informacje o Karlis. Gdy nie będziesz już mi potrzebny to sam cię zabiję albo zostaniesz tutaj i będziesz musiał radzić sobie sam. Spróbuj skłamać to tym szybciej zawitasz wśród umarłych, a mogę ci już to obiecać, że to nie będzie przyjemne pożegnanie z tym światem – odparł zimno czarnowłosy, a w jego oczach nie było widać ani trochę ciepła jedynie obietnica, że zrobi według swoich wypowiedzianych słów. Raczej gdyby blondyn był niewinny jego sumienie nie pozwoliłoby go zostawić na pastwę losu, ale owy chłopak nie musiał już o tym wiedzieć. Chciał jedynie go odrobinę postraszyć, aby szybciej dowiedzieć się prawdy.

Blondyn nie mógł już dłużej na niego patrzeć i utkwił spojrzenie w płaszcz, którym był dalej przykryty.

– Skoro już to sobie wyjaśniliśmy to odpowiedz mi na jedno pytanie – rzekł Milan dalej utrzymując swój zimny ton – Czy to ty podpaliłeś Karlis?

– Tak, to byłem ja – odparł nieznajomy podnosząc swój wzrok ponownie na Milana, aby ich spojrzenia się spotkały.

Czarnowłosy zdziwiony wpatrywał się w niego nie wiedząc co powiedzieć. Do tej pory wątpił jednak w to, że ten kruchy chłopiec jest odpowiedzialny za spalenie całego miasta, śmierci tysiąca istnień. Był pewien, że będzie to jakiś starszy mężczyzna z okrutną twarzą i pełną nienawiści. Ktoś kto będzie miał w oczach ten szczególny błysk, że niczego nie żałuję, a nie bezgraniczny smutek oraz cierpienie, które jasno wskazuje, że żałuje tego co zrobił.

Najwidoczniej od początku mylił się i to bardzo...